Czytelnicza cenzura rodzicielska...?

Czytelnicza cenzura rodzicielska...?
Teraz będzie garść refleksji dotyczącej dziecięcego czytania. Spotykam się ze smutnymi stwierdzeniami rodziców, że ich dzieci nie chcą czytać, a jak już czytają to jakąś głupotę, którą należy im skonfiskować…Hmmm…
Wielu ambitnych rodziców podsuwa swoim dzieciom książki mądre, zachwalane przez recenzentów, nie zwracając uwagi, że często dzieła te jeszcze nie są odpowiednie do wieku potomstwa. Początkujący czytelnik niechętnie chwyci za opasłe tomisko pełne niezrozumiałych dla niego słów. Może i przebrnie przez lekturę, ale na pewno nie będzie mu się kojarzyła z przyjemnym doznaniem.

Wielu rodziców znużonych czytaniem z dzieckiem tych samych książeczek o niewielkiej zawartości tekstu zachęca dzieci do czytania lub nawet samodzielnie czyta dziecku książki przeznaczone dla nieco starszego czytelnika wychodząc z założenia, że przecież jego syn czy córka zrozumie... Spotkałam się z podsuwaniem 6 – 7 latkom Cyklu o Harrym Poterze. OK. Pierwszy tom, choć zawiera elementy grozy da się ogarnąć. Ale kolejne? Zapominamy, że pani J.K. Rowling pisała kolejne tomy przygód młodego czarodzieja w konkretnych odstępach czasu. Przeciętnie każdy nowy tom pojawiał się po roku po wydaniu poprzedniego. Tym samym czytelnicy wdrożeni w historię Harry’ego dorastali i dojrzewali razem z nim i tym samym opowieść stawała się coraz bardziej dorosła i dojrzała (jak na baśń oczywiście).
Tymczasem współczesny – powiedzmy już 8 latek – czytający tom 3, 4 i tak dalej czyta nie tylko o czarach, ale i o kłopotach wieku dojrzewania bohaterów, o pierwszych miłościach, zazdrościach i nie koniecznie jest w stanie zidentyfikować się zprzeżyciami bohaterów.
Czy wróci do tej książki, gdy będzie starszy? Nie sądzę… Przeczytał, zna fabułę, być może obejrzał w między czasie film. Nie ma po co czytać jeszcze raz – choć w późniejszym wieku doznania literackie i refleksje nad książką byłyby zapewne inne.

Oczywiście Harry Potter to jedynie przykład. Istnieje wiele bardziej wartościowych książek, co do których chcielibyśmy - my rodzice - by dziecko w końcu dojrzało. I tak będzie, ale dajmy mu trochę czasu. Wiele książek poza akcją, która biegnie niejako na powierzchni, posiada drugą warstwę literacką. Tu znajdziemy metaforę, odniesienie do innych książek czy bohaterów literackich, nawiązania do historii czy sztuki…Dziecko nie zrozumie tych ukrytych smaczków, czy też mrugnięć oka kierowanych przez pisarza do bardziej oczytanych odbiorców. I znowu, czy po latach wróci do tej książki, by tym razem odkryć głębszą warstwę historii? Nie jestem pewna…

Podobna sytuacja dotyczy obejrzenia adaptacji filmowej jakiegoś dzieła. Dzieci interesuje przede wszystkim fabuła, jeśli już wiedzą co się stało, to nie szczególnie interesują ich pozostałe niuanse, pominięte w interpretacji filmowej wątki i różnice w akcji.

I tu wracam do kwestii „głupich” książek… Głupie czyli jakie? Najczęściej takie, które nie spełniają wymagań rodziców. Ale za to spełniają wszelkie potrzeby dzieci. Najczęściej są zabawne, prezentują specyficzny humor, który czasami jedynie dzieciaki są w stanie zrozumieć, bywają nielogiczne w treści, zapełnione są dużą ilością często komiksowych w formie obrazków, tekst jest stosunkowo prosty. Być może nie przemycają wiedzy, czy głębszych wartości, ale mają jedną podstawową zaletę: dzieci chcą je czytać! Sama zgrzytałam zębami, gdy moje dziecko czytało „iluśtam – piętrowy domek na drzewie” (wszystkie części), „Zagrożeniologię” itp. Ale z drugiej strony czytał te „dzieła” jak najęty, chichocząc przy tym okrutnie i mamrotając „ale szalone”, połykał książkę (wbrew pozorom dość grubą) w tempie ekspresowym i pytał o jeszcze…

    

Czemu więc my rodzice boimy się czasami takich lektur? Ktoś kiedyś mi powiedział, że z literaturą jest podobnie jak z muzyką. Jeśli dziecko jest od kołyski karmione disco polo to nie sięgnie po nic bardziej wartościowego. No cóż… Osobiście sądzę, że zależy to od dostępu do innych dzieł – wszystko jedno czy muzycznych, czy literackich. Tu znów wracamy do kluczowej roli rodzica. Nic się nie stanie, gdy nasze dziecko z zapałem pogrąży się w lekturze „czytadełka”. Ważne by sam proces czytania się mu spodobał. By złapał bakcyla i sięgał po kolejne pozycje. Ale istotne jest by obok tych „czytedełek” na półce znalazły się inne książki, takie do których nasze dziecko spokojnie dojrzeje.  I byśmy od czasu do czasu przypominali dziecku, że jeszcze coś ciekawego na niego na tej półce czeka…

Reasumując cieszmy się, gdy nasz potomek czyta. Nawet zwariowane pozycje, po które my byśmy nie sięgnęli. Niech czyta. Zapewnijmy mu dostęp do ciekawych i mądrych pozycji, ale nie przyśpieszajmy i nie naciskajmy. Lepiej by dziecko sięgnęło po jakąś książkę później niż w ogóle…

Leave a Reply

* Name:
* E-mail: (Not Published)
   Website: (Site url withhttp://)
* Comment:
Type Code